Naturalne piękno

Zarówno młode pąki kwiatów, jak i delikatne kłosy zbóż nieustannie zachwycają mnie swoim pięknem. Zachwyca mnie również szumiący latem las, delikatny błękit nieba, jak i feeria jesiennych barw. Zachwyca mnie skrzypiący pod butami śnieg i lniany obrus. Misterne koronki i drewniane bale wiejskich domów. Zapach świeżo wypieczonego chleba i domowych konfitur. Zasuszone bukiety polnych kwiatów i czerwone truskawki na tle zielonych liści. Zachwyca mnie bystro płynący potok i widok spokojnego morza. Jest w nich coś pięknego, coś zupełnie niewymuszonego.
Pierwotnego. Naturalnego. Idealnego w swojej prostocie.

Nie doszukuję się wad w drzewach rosnących w zagajniku. Nie porównuję ich między sobą. Nie przeszkadza mi, gdy krzew posiada asymetryczne kwiaty, a rzeka dziwnie odbija w bok. Wręcz przeciwnie – podoba mi się to.
Skoro zachwyca mnie pierwotny las, morze, które rządzi się swoim prawami od tysięcy lat, potok, który sam wyznacza swój tor, pąki róż, które wykwitają tak, jak im się to podoba, jabłka o nierównym kolorycie i gruszki o nieregularnym kształcie – dlaczego mam nie zachwycić się sobą, taką jaką jestem? Skoro nie przeszkadza mi to, że każde drzewo jest inne – dlaczego ma mi przeszkadzać fakt, iż jestem całkowicie inna niż niektóre kobiety?

Trudno jest stanąć przed lustrem i powiedzieć do siebie ,,jestem piękna”. Czasem trudno jest w to nawet uwierzyć. Jeszcze trudniej jest wymówić te słowa do reszty społeczeństwa. Pokazać się z naszymi cieniami pod oczami, nierównym kolorytem skóry, trądzikiem, wadą zgryzu, lub z asymetrycznymi oczami. Przecież mamy nie takie piersi i nie takie nogi. Trudno, bo w obecnym momencie zewsząd otacza nas perfekcja. Magazyny wypełnione są idealnymi ciałami, w teledyskach widzimy idealne twarze, a Instagram oferuje nam idealnie wąskie talie i kształtne pupy. Wszystko sprowadza się do jednego kanonu, a my będąc inne czujemy, że odstajemy. Czujemy się gorsze.

Zapominamy, że idealne ciała i idealne twarze to najczęściej zasługa grafików, dobrego oświetlenia i sporej ilości makijażu. Zapominamy, że to normalne, że nasz brzuch jest czasem wypukły i ma fałdki. Zapominamy, że nie wszystkie piersi są non-stop sterczące i okrągłe. Zapominamy, że nie musimy być takie jak te dziewczyny z Internetu. Że odmienność jest czymś zupełnie zwyczajnym i naturalnym. A natura, jak już wcześniej wspomniałam, jest piękna.

Przecież nikt nie mówi, że krzak róż rosnących przy płocie u babci jest brzydki, tylko dlatego, że się różni od tego zasadzonego w królewskim ogrodzie. Nikt nie dziwi się, jeżeli na jednej gałęzi znajdzie dwa jabłka w całkiem innych kolorach. Nikt patrząc na pasmo gór nie powie: O! Ten pagórek, drugi od lewej, to jest znacznie brzydszy od tego trzeciego z prawej. Skoro odmienność w naturze jest dla nas standardem to dlaczego odbieramy sobie sami prawo do bycia innymi? Dlaczego na siłę dążymy do jakiegoś trendu? Dlaczego porzucamy naszą naturalność?

Przez długi czas wmawiałam sobie, że to co pokazuję na blogu musi być perfekcyjne. Pryszcz na nosie, lub cienie pod oczami dyskwalifikowały każde zdjęcie. Czułam się zagubiona – z jednej strony lubiłam siebie, ale z drugiej strony obawiałam się negatywnych komentarzy na temat mojego wyglądu. I pomimo tego, iż większość opinii była bardzo miła, to i tak dostrzegałam najbardziej te pojedyncze. Te, w których ktoś wytykał mi moje wady.

Wiecie o czym marzyłam wtedy najbardziej? O tym, żeby ktoś wyretuszował mnie tak, bym wyglądała jak te panie z okładek cosmopolitana. Żeby ktoś wygładził mi skórę, podkręcił kolor oczu, wyrównał brwi, usunął pryszcze i zmarszczki. Szczęście w nieszczęściu – nie znałam osób, które umiałyby w photoshopa. Dlatego, koniec końców, na blogu lądowały takie zdjęcia, jakie miałam.

Na całe szczęście idealizowanie mojego wizerunku dość szybko mi przeszło. Odkryłam zalety płynące z pokazywania naturalnych zdjęć i zaczęłam cieszyć się sobą. Naturalną. Prawdziwą. Dlatego kiedy zostałam Dziewczyną Roku Glamour i zaproszono mnie na sesję okładkową, odrobinę bałam się fotoszopa. Znajomi śmiali się, że będę bardziej przypominać jakąś celebrytkę, niż samą siebie. Moje błagania o naturalny makijaż zostały wysłuchane, a zdjęcie zostało jedynie poddane drobnej obróbce, dzięki czemu nie wyglądałam jakbym przeszła dietę zmieniającą rysy twarzy.

Piszę to głównie dlatego, że przeraża mnie (i smuci), jak niektóre z nas postrzegają swoją naturalność. Mam wrażenie, że za wszelką cenę potrzebujemy wbić się w obecny, modny, kanon. Nie zrozumcie mnie źle – każda z nas ma prawo do decydowania o sobie. I każda z nas chce wyglądać dobrze. Czuć się ze sobą dobrze. Boli mnie jedynie fakt, że tak wiele dziewczyn chciałoby wyglądać zupełnie inaczej. Zmieniamy nosy, zmieniamy piersi, zmieniamy usta, zmieniamy rysy twarzy. Dodajemy więcej włosów i wyjmujemy żebra. Oddajemy, oddajemy i oddajemy. Najczęściej – nie dostając nic w zamian. Oczekujemy, że gdy będziemy mieć już te idealne piersi i ten idealny nos to nagle, magicznie, zaakceptujemy całą siebie. Czasami tak się zdarza. Ale często nie. Po miesiącu znajdujemy następną wadę, która zaczyna nam przeszkadzać. Mankamenty te będziemy znajdywać do końca. Bo nie zostałyśmy zaprogramowane tak, by być perfekcyjnymi.

Tracimy do siebie szacunek i przestajemy się kochać. Dążymy do ideału, który nie jest stabilny i ciągle się zmienia. Zamiast cieszyć się z naszych zalet, wytykamy swoje wady. Kreujemy niemożliwe standardy. Gonimy coś, czego nigdy nie złapiemy. Porzucamy naturalność na rzecz wykreowanych, a często nieistniejących standardów. Po co?

Zdjęcia: Roksana Wąż

hauka-sign

YOU MIGHT ALSO LIKE