Analogowa fotografia

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy sama myśl, iż możemy zrobić aparatem tysiąc zdjęć, wydawała się abstrakcyjną, przecież były klisze. Rolki, które kupowało się z drżeniem serca i portfela. Dokładnie wyliczona ilość klatek, która uwieczniała wspomnienia. Wtedy, każdy kadr musiał być przemyślany. Mieliśmy tylko jedną szansę. Nie robiliśmy dwudziestu ujęć w jednej pozie. Każde okienko było na wagę złota. Nie chcieliśmy ich marnować.

Z takim samym drżeniem serca oddawaliśmy kliszę fotografowi, a następnie odbieraliśmy kopertę. Rezultat ukazywał nam się po kilku dniach, w odróżnieniu od tego, co mamy teraz. Następnie odbywała się seria ochów i achów, często przetkana śmiechem. Narzekaliśmy na to, jaką zrobiliśmy minę i jak beznadziejnie wyglądamy. Teraz na te zdjęcia patrzę z największą czułością. Na te nieidealnie uchwycone chwile, często bardziej prawdziwe, niż to, co kreujemy obecnie. Błyszczące odbitki jakoś mają w sobie więcej magii, niż folder zapełniony gigabajtami plików.

Nie demonizuję fotografii cyfrowej. Jest niesamowicie wygodna. Zawsze pod ręką, dokładna, czytelna. Używam jej na co dzień. Nie wyobrażam sobie telefonu bez aparatu. Staram się jednak nie wyciągać go co chwilę i nie tworzyć setki zdjęć kawy, która wystyga w momencie, gdy w końcu zrobiliśmy idealnego flatlaja. Odkąd mam aparat analogowy, staram się w bardziej przemyślany sposób korzystać z jego odpowiednika w telefonie. Doceniam widok na żywo, delektuje się ulotną chwilą. Sama tworzę sobie szansę wykreowania czegoś niezwykłego, na co kiedyś spojrzę z nostalgią i uśmiechem jednocześnie.

Kilka tygodni temu, mój znajomy fotograf, Sebastian Ścigalski, zaprosił mnie do sesji analogowej. Była ona spontaniczna, nie mieliśmy ustalonych kadrów, czy też miejsc. Zdecydowaliśmy się na spacer uliczkami Krakowa. Myślę, że wyszło całkiem sympatycznie. Gdyby ktoś chciał taką niecodzienną sesję analogową, to z całego haukowego serca polecam pisać do Sebastiana.

Patrząc na te zdjęcia czuję gorące promienie słońca i sukienkę fruwającą na wietrze. Czuję jej delikatny, przyjemny materiał. Pamiętam, jak długo zapinałam liczne guziki i gdy obracałam się z zadowoleniem przed lustrem. Wiem, jak szybko wsunęłam na stopy miękkie, skórzane pantofle i jak wybiegałam z mieszkania, prosto na rozpaloną żarem słońca ulicę. Pamiętam, jak szerokie rondo kapelusza odcinało nad moją głową błękitne niebo.

Ostatnio coraz więcej ubrań, które trafia do mojej szafy, jest polskich marek. Zestaw, który miałam na sobie tego dnia pokazuje, jak wiele do zaoferowania moją nasi rodzimi twórcy. Sukienka, w której czuje się wyjątkowo kobieco to Nalu Bodywear. Odkrycie moich ostatnich miesięcy. Ma piękny dekolt i eteryczny, kwiatowy wzór. Ręcznie robione, mięciusie mule, które zachwycają jakością to Miummash, a bajkowy kapelusz Paris Hendzel znalazłam w Krakowie, w butiku Le Szapo, wypełnionym po brzegi przeróżnymi nakryciami głowy, z różnych zakątków świata.

Zmiana mojego postrzegania na temat zakupów cieszy mnie niezmiernie. Moja szafa chudnie, ale za to zaczyna się wypełniać rzeczami wyjątkowymi, ubraniami wysokiej jakości, po które sięgam niemal odruchowo. Szybką modę powoli i świadomie zamieniam na modę w stylu slow. Tak samo, jak aparat cyfrowy zamieniam od czasu, do czasu na analogowy.

Zdjęcia: Sebastian Ścigalski

hauka-sign

YOU MIGHT ALSO LIKE