Naturalność

Zamiłowanie do natury pojawiło się u mnie dość niedawno. Kiedyś, tak jak większość moich koleżanek, nadużywałam podkładu w odcieniu, który sprawiał, że moja twarz (i nie tylko ona) była w kolorze dyni. Szampon wybierałam z tych łatwo dostępnych w drogerii. Miałam też mocno połyskujący błyszczyk i maskarę, którą sklejałam swoje rzęsy tworząc na oczach pajęcze odnóża. Na moim talerzu lądowało coś wegetariańskiego, ale niekoniecznie zdrowego (np. ukochane wtedy kotlety sojowe i pierogi ruskie).  Nie zastanawiałam się z czego został zrobiony mój t-shirt, ani kto go wykonał. Ważne, że był różowy i miał mnóstwo brokatu i kosztował tyle co kawa w Starbucksie.

Z perspektywy czasu patrzę na to z lekkim zażenowaniem, ale i ze spokojem. Młodość to czas, który można analizować z przymrużeniem oka. Dopiero co odkrywamy świat, poszukujemy siebie i odnajdujemy sposób na wyrażenie swojej osoby. Z reguły są to wybory mniej udane. Tak było właśnie u mnie. Obecnie mogę z dumą powiedzieć, że dążę do naturalności w wielu dziedzinach mojego życia. Naturalność to nie tylko makijaż, czy ogólny wygląd. To też pielęgnacja, sposób żywienia, szacunek do siebie no i oczywiście – ubrania. Myślę, że to dobry moment na rozpoczęcie cyklu wpisów poświęconych naturalności. Jesteście gotowe?

Wydaje mi się, że życie jest za krótkie i zbyt cenne, by spędzić je w poliestrze (no chyba że na siłowni). Nie lubię, gdy sztuczny materiał spódnicy przykleja mi się do ud i gdy zaczynam ślizgać się na krześle podczas upalnego dnia. Nie lubię się zastanawiać, czy z moich nóg spływa pot, czy może już jestem w takim wieku, że nie trzymam moczu XD. Nie lubię marznąć zimą, pomimo nałożonych na siebie kilku warstw grubego materiału. Nie lubię poliestru. Jasne, ma on też swoje jasne strony – nie gniecie się i raczej bez obaw możemy go wrzucić do pralki. Ale dla mnie to za mało.

Pomimo tego, że na co dzień nie mieszkam w pałacu to jednak najbardziej lubię jedwab i kaszmir. Lubię też wełnę i len. Lubię naturalne materiały i to w jaki sposób reagują z moją skórą. To prawda, że wełna czasami gryzie. Ale za to cudownie grzeje. Wiadomo, że len się gniecie. Ale za to jest cudownie przewiewny latem, a dodatkowo zatrzymuje ciepło zimą. Naturalne tkaniny to dla mnie element luksusu, na który mogę sobie pozwolić i robię to z ogromną przyjemnością. A lniana, lub jedwabna koszula w jasnym kolorze to element, który musi znaleźć się w mojej garderobie. Materiały te przyjemnie otulają moje ciało nawet podczas mrozów. Do tego cieplutkie, wełniane spodnie vintage i hauki mogą ruszać na podbój miasta.

Przyznam się też szczerze, że wybieranie naturalnych materiałów nie zawsze jest łatwe (a ja w dodatku jestem osobą, która lubi sobie utrudniać życie).  Szukanie ubrań z dobrym składem, a przy tym za rozsądną cenę, jest prawdziwą lekcją cierpliwości. Jeżeli dodatkowo szukamy ciuchów od polskich producentów, lub perełek vintage, nasze wysiłki muszą być często podwojone.

Czasami mnie korci, by kupić coś z poliestru. A bo to ładnie leży, ma super dekolt i ciekawe rękawy. Niestety, żaden magiczny sposób nie sprawi, że z dnia na dzień staniemy się odporne na pokusy sztucznych materiałów. Możemy być jednak świadome. A to już coś. Dążenie do naturalności to ciężka wędrówka, ale koniec końców – satysfakcjonująca. Dla mnie bardzo satysfakcjonujące było odnalezienie tej lnianej, białej koszuli, której szukałam miesiącami. Mam nadzieję, że posłuży mi na długi czas. Zaprojektowała i wyprodukowała ją wspaniała kobieta, Natalia, właścicielka małej wrocławskiej marki Natula, która tak jak ja docenia wartość naturalnych tkanin. Na koniec chciałabym napisać, że uwielbiam wyszukiwać takie perełki i dzielić się nimi z Wami. Tworzę treści tylko w zgodzie ze sobą, tylko wtedy prowadzenie bloga ma dla mnie sens :-)

lniana koszula: Natula
wełniane spodnie: Cukier Puder Vintage

zdjęcia: Roksana Wąż

hauka-sign

YOU MIGHT ALSO LIKE